Kilka osób spytało mnie, co się stało? Czemu teraz krytycznie odnoszę się do firmowanego przez Panią Katarzynę spotkania z Olgierdem Łukaszewiczem, skoro popierałem ją w wyborach samorządowych? Jeden czytelnik nawet zarzuca mi brak konsekwencji.
Odpowiedź jest prosta. Osobiście, wysoko cenię zalety Pani Karaszewskiej. Jest niezwykle oddana działalności społecznej i politycznej. Jest zdolna i inteligentna. Z ogromną dedykacją podchodzi do rozwoju Suwałk i potrzeb mieszkańców miasta. Sprawia wrażenie osoby utalentowanej w wielu dziedzinach.
Popierałem, i nadal popieram Panią Karaszewską, w jej wysiłkach na rzecz miasta, a także w jej pracy wokół tzw. procesu suwalskiego. Praworządność jest ważna wszędzie, a do Suwałk także i ja mam szczególny sentyment.
Jednocześnie, nigdy nie robiłem tajemnicy z tego, (i ona o tym wie), że niektórych działań grupy warszawskiej, z którą jest związana, nie popieram. W miarę upływu czasu, jest (moim zdaniem) coraz bardziej widoczne, że tej grupie leży na sercu coś innego niż polska racja stanu. Tak więc to co na szczeblu miasta czyniło z Katarzyny Karaszewskiej wspaniałego kandydata, i to co grupa działaczy warszawskich popiera na szczeblu krajowym i międzynarodowym, to dwie różne rzeczy, których starałem się ze sobą nie mieszać.
Dopiero jej zaangażowanie w organizację spotkania z Łukaszewiczem i (moim zdaniem) wrogie Polsce idee, które ten pan na tym spotkaniu wygłaszał, zmusiły mnie do zajęcia stanowiska. Nie ma w tym nic personalnego ani osobistego. Jest to spór czysto polityczny. Bez przesądzania kto ma na temat integracji Polski w Unii Europejskiej rację, uznaję i zawsze będę uznawał, że ostateczna decyzja w tej sprawie należy do polskich wyborców.
Jest natomiast oczywiste, że na opinie wyborców propaganda ma ogromny wpływ. Dlatego na wysiłki propagandowe grupy warszawskiej odpowiadam publicznie racjami przeciwnymi, w które ja z kolei wierzę. Szanując demokrację, to wszystko co mogę zrobić. Mam nadzieję, że to wyjaśnia cały ten pozorny konflikt.




