Optyka NATO. Aha.

Agnieszka Wołk-Łaniewska

AWL-640

Optyka NATO niepokojąco przypomina stary dowcip o oddziale Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, który, niczym niesprowokowany, zaatakował radziecki traktor pokojowo orzący pola w pobliżu granicy ZSRR i ChRL. W odpowiedzi traktor wystrzelił serię rakiet i odleciał.

— Najważniejszą rzeczą, którą powinniśmy powtarzać, powinniśmy się tym chwalić i powinniśmy mówić cały czas o tym, jest to, że szczyt NATO w Warszawie był ogromnym sukcesem Polski — mówiła premier Szydło na pozycyjnym marszu triumfalnym, którzy rząd urządził sobie po weekendowej zgęstce natowskiej. — To jest ten wielki sukces, o którym Polska powinna dzisiaj mówić. Powinniśmy być dzisiaj wszyscy zjednoczeni w tym właśnie powtarzaniu: to jest sukces Polski…

Podobną opinię, choć w nieco bardziej zróżnicowanych słowach, wyraził prezydent Duda.

Kłopot w tym, że jeśli przejrzeć światowe media — okaże się, że porównywalnie bezkrytyczny entuzjazm zwerbalizował jeszcze jedynie prezydent Rumunii. Inni przywódcy wolnego świata — a także najpoważniejsze zachodnie media — raczej się nie wyrywają z pochwałami. I w istocie rzeczy trudno się dziwić.

60-stronicowy komunikat z warszawskiego szczytu NATO — w sferze konkretów — tak naprawdę nie mówi niczego, czego byśmy nie wiedzieli, zanim szczyt się zaczął: w krajach bałtyckich i Polsce będą cztery importowane bataliony, do nas trafi amerykański. Zaś w sferze ideologicznej komunikat stanowi klasyczny produkt ciała o charakterze międzynarodowym: pełen fałszywych deklaracji, pustego zadęcia i prób zrobienia dobrze wszystkim uczestnikom imprezy.

Z jednej strony — na życzenie Polski i Bałtów, a także, jak można zgadnąć, Ukrainy — roi się od antyrosyjskiej retoryki: „agresywne działania Rosji, w tym prowokacyjne przedsięwzięcia militarne na peryferiach terytorium NATO” — ble ble ble — grożą wszystkiemu, co nam drogie.

Z drugiej wszakże strony — François Hollande ogłosił przed szczytem, że „dla Francji Rosja nie jest przeciwnikiem ani zagrożeniem”, a Frank-Walter Steinmeier skrytykował manewry Anakonda 16 jako „potrząsanie szabelką i wznoszenie wojennych okrzyków”.

Ktokolwiek wierzy, że symboliczna parada czołgów przy wschodniej granicy Sojuszu przyczynia się do zwiększenia bezpieczeństwa, jest w błędzie” — mówił szef niemieckiego MSZ w czerwcu.

Obie te postawy znalazły odzwierciedlenie w zapisach, iż „Sojusz pozostaje otwarty na dialog z Rosją”, zapewnia, że „nie szuka konfrontacji i nie stanowi zagrożenia dla Rosji”, a „polityka odstraszania musi współistnieć z poważnym dialogiem i relacjami z Rosją, dążącymi do obustronnej transparentności i zredukowania ryzyka”.

I zaraz potem dokument stwierdza — zapewne w odpowiedzi na atak jakiejś wschodnioeuropejskiej histerii — że „te starania nie będą odbywać się kosztem zapewnienia wiarygodności natowskiego potencjału obrony i odstraszania”.

Rosyjski MSZ komunikat skwitował dość lekceważącym stwierdzeniem, że NATO skupia się na zapobieganiu nieistniejącemu zagrożeniu — co śmiertelnie oburzyło polskich komentatorów, ale na kierownictwie Sojuszu nie zrobiło specjalnego wrażenia. Może dlatego, że ta opinia nie jest tam odosobniona, choć niekoniecznie bywa oficjalnie potwierdzana.

Jednak czasem komuś się coś wyrwie: w czerwcu gen. Petr Pavel, przewodniczący Komitetu Wojskowego NATO, przyznał, że decyzja o rozmieszczeniu czterech batalionów na wschodniej granicy Sojuszu jest polityczna, a nie militarna.

Celem NATO nie jest stworzenie militarnej bariery przeciw rosyjskiej agresji na szeroką skalę, ponieważ nie przewidujemy takiej agresji i żadne dane wywiadowcze nie sugerują takiej możliwości” — powiedział Pavel Reutersowi. I ta opinia jest odwzorowana w komunikacie, który wyraźnie skupia się na politycznej krytyce Rosji, starannie unikając sformułowań, które mogłyby być uznane za zapowiedź prowokacji w sferze militarnej.

Co jest jedyną dobrą rzeczą, jaką da się powiedzieć o tym komunikacie.

Jeśli chodzi o kwestię naprawdę istotną z punktu widzenia bezpieczeństwa NATO i świata — terroryzm wraz z jego najwyższą formą, jaką jest Państwo Islamskie — optyka NATO niepokojąco przypomina stary dowcip o oddziale Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, który, niczym niesprowokowany, zaatakował radziecki traktor pokojowo orzący pola w pobliżu granicy ZSRR i ChRL. W odpowiedzi traktor wystrzelił serię rakiet i odleciał.

Retoryka komunikatu NATO nawiązuje do najlepszych wzorów radzieckiej propagandy: wszczynanie wojen nazywa „wzmacnianiem międzynarodowego bezpieczeństwa i szerzeniem stabilizacji” — słowo „bezpieczeństwo” powtarza się 180 razy, a „stabilizacja” 47 — zaś agresję konsekwentnie zwie „obroną”. „Obrona” powtarza się w komunikacie 130 razy.

Czytamy zatem o „głębokiej wdzięczności należnej wszystkim dzielnym mężczyznom i kobietom służącym w prowadzonych przez NATO i państwa członkowskie operacjach, które przyczyniły się do bezpieczeństwa Sojuszu”. O tym, że „NATO musi zachować swoją zdolność do reagowania na kryzysy poza swoimi granicami i pozostać aktywnie zaangażowanym w szerzenie stabilizacji i wzmacnianie międzynarodowego bezpieczeństwa”. O tym, że Sojusz „będzie nadal prowadzić walkę przeciwko groźbie terroryzmu w zgodzie z międzynarodowym prawem”.  I że „nasze wysiłki dla wzmacniania roli Sojuszu w szerzeniu stabilności będą podyktowane trwałymi wartościami, w tym wiernością zasadom demokracji, praw człowieka i rządów prawa”…

Jak mówią bracia Amerykanie: heloł!?

Działania NATO i jego poszczególnych członków, zwłaszcza przez ostatnie kilkanaście lat, są doskonałym przeciwieństwem stabilizacji, bezpieczeństwa i prawa międzynarodowego — a ich efekty są w pełnym znaczeniu tego słowa tragiczne. Terrorystyczna apokalipsa, z którą mamy obecnie do czynienia — powstanie Państwa Islamskiego i jego zbrodnie, wojna domowa w Syrii i Libii, bujny rozwój siatki Al-Kaidy we wszystkich krajach regionu, tragedia uchodźców i wynikający z niej rozkwit nacjonalizmu w Europie, z Brexitem włącznie, ataki terrorystyczne w europejskich stolicach — to wszystko wyrasta w prostej linii z amerykańskiej i natowskiej agresji; z nieskrępowanego wtrącania się tzw. Zachodu w wewnętrzne sprawy państw, które w żaden sposób mu nie zagrażały.

Grzechem pierworodnym była niewątpliwie napaść USA i sojuszników na Irak.

Napaść, która w opinii wszystkich (z wyjątkiem napastników) była w świetle prawa międzynarodowego nielegalna — wprost mówił o tym m.in. ówczesny sekretarz generalny ONZ Kofi Annan; która była uzasadniania ewidentnymi kłamstwami na temat broni masowego rażenia w dyspozycji Saddama Husajna; która doprowadziła do upadku państwa irackiego i bujnego rozwoju terroryzmu, z którego w efekcie zrodziło się Państwo Islamskie.

Podobny jest bilans trwającej 15 lat okupacji Afganistanu: „prozachodnie państwo afgańskie”, zawiezione tam na lufach amerykańskich czołgów, mimo płynących z USA miliardów dolarów przegrywa wojnę z talibami, a bezkarne zbrodnie „sił sprzymierzonych”, obejmujące porwania, zabójstwa, gwałty i tortury  (w szczegółach opisuje je miażdżący raport Amnesty International z 2014 roku), zapewniają bojownikom islamskim stały dopływ rekrutów. Nie lepiej wygląda sytuacja w upadłym państwie libijskim, gdzie NATO zaangażowało się w „zmianę reżimu”, doprowadzając do upadku i zabójstwa Kadafiego (Hillary Clinton ogłosiła wówczas: „Przybyliśmy, zobaczyliśmy i on nie żyje”, po czym z radości aż zaklaskała w ręce), co w krótkim czasie doprowadziło do bujnego rozwoju ekstremizmu, zamordowania amerykańskiego ambasadora i wpadnięcia sporej części wybrzeża Libii w ręce ISIS.

Także w Syrii — gdzie mimo trwającej od 5 lat wojny domowej Baszar Al Asad ciągle utrzymuje kontrolę nad armią i częścią kraju, co uchroniło państwo przed upadkiem na wzór Iraku i Libii — NATO chce zaprowadzić swoje porządki. Komunikat głosi: „Stwierdzamy, że efektywna i trwała walka przeciw Państwu Islamskiemu w Syrii będzie możliwa jedynie po wprowadzeniu legalnego rządu i podkreślamy potrzebę natychmiastowych i rzeczywistych przemian politycznych”…

Gwoli ścisłości: nie ma wątpliwości co do tego, że Saddam Husajn, Muamar Kadafi i Baszar Al Assad to ponurzy dyktatorzy, konsekwentnie łamiący prawa człowieka. Ale jeśli ktoś chciałby uwierzyć, że tzw. Zachodowi chodzi o prawa człowieka, to powinien się przyjrzeć królowi Arabii Saudyjskiej — kraju, gdzie karą za udział w demonstracji w obronie praw człowieka jest ścięcie mieczem — i który pozostaje najbliższym w regionie sojusznikiem zarówno dla USA, jak i Wielkiej Brytanii. A przy okazji jest największym odbiorcą dostaw amerykańskiej i brytyjskiej broni, będąc równocześnie jednym z największych sponsorów Państwa Islamskiego.

A skoro już jesteśmy przy łamaniu praw człowieka i sponsorowaniu Państwa Islamskiego — głosząc swe wzniosłe zasady, NATO mogłoby rozważyć zwrócenie uwagi prezydentowi Turcji, który dopuszcza się zbrodni wojennych wobec walczących z ISIS Kurdów, a równocześnie przez długi czas dość otwarcie wspierał Państwo Islamskie. Osiągnięcia Recepa Tayyipa Erdogana rozciągają się od zamykania opozycyjnych mediów za pomocą policyjnych najazdów, poprzez nazywanie kobiet, które wybierają karierę zamiast macierzyństwa „półczłowiekiem” i krwawe tłumienie antyrządowych demonstracji (22 zabitych i 8 tysięcy rannych w protestach z lata 2013), aż do pomocy ISIS poprzez zakup rabowanej ropy, leczenie rannych terrorystów w tureckich szpitalach i ponad roczną ochronę granicznego miasta Dżarabulus, stanowiącego główną drogę zaopatrzenia stolicy IS, Al Rakki, przed bojownikami kurdyjskimi (Kurdowie w końcu zdobyli Dżarabulus w czerwcu tego roku). Zamiast walki z ISIS — a także pod jej pretekstem — Erdogan masowo mordował Kurdów, niekoniecznie walczących. Wedle jego własnych słów, wygłoszonych z wyraźną dumą na początku czerwca, w ciągu roku od jednostronnego zerwania rozejmu siły rządowe zabiły 7600 „kurdyjskich bojowników”. Według Kurdów było wśród nich np. 178 cywilów, którzy szukali schronienia przed rządową ofensywą „antyterrorystyczną” w piwnicach trzech budynków w miejscowości Cizre — i tam zostali wymordowani, a następnie podpaleni. Organizacje międzynarodowe — np. Amnesty International — potwierdzają masowe zabójstwa kurdyjskich cywilów przez tureckie siły rządowe.

„NATO jest sojuszem wartości, takich jak wolność osobista, prawa człowieka, demokracja i rządy prawa. Te wspólne wartości są fundamentalne dla tego, czym NATO jest i co robi. Dalsze inkorporowanie ich we wszystkich obszarach naszej pracy uczyni NATO silniejszym” — brzmi 129 punkt oficjalnego komunikatu „wydanego przez Głowy Państw i Rządów uczestniczące w spotkaniu Rady Północnoatlantyckiej”.

Aha.

Agnieszka Wołk-Łaniewska, publicystka polska, Warszawa

Źródło: pl.Sputnik.com

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Polityka i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s