Parys: Słowa Putina są częścią dużej międzynarodowej operacji. Kłamstwo jest zwykłym ich narzędziem.

Panie Parys, od kilku lat polskie relacje z Rosją są rzeczywiście zamrożone, ale nie z winy Rosji. Pan, bardziej niż inni ludzie, powinien zdawać sobie z tego sprawę. Już w 2011 roku, wówczas prezydent Rosji Miedwiediew, ostrzegał przed konsekwencjami rozmieszczenia w Polsce baz i rakiet amerykańskich. Podobne ostrzeżenia powtarzał Putin i Szojgu.

To Lech Kaczyński podjął inicjatywę przeszkodzenia Rosji w działaniach wojennych przeciwko Gruzji, mimo że to Gruzja rozpoczęła tą wojnę inwazją na Południowa Osetię. Od 2016 roku poszliśmy jeszcze dalej – rozpętaliśmy w Polsce i na Zachodzie akcję demonizowania Rosji w oparciu o kłamstwa po to aby uzasadnić obecność wojsk i rakiet NATO na naszym terytorium, manewry NATO wzdłuż granic Rosji, anty-rosyjskie sankcje i prowokacyjną wobec Rosji politykę zagraniczną. To Zachód sfinansował niekonstytucyjny i krwawy przewrót na Ukrainie, to NATO, wbrew obietnicy danej Gorbaczowowi, przesunęło się na Wschód. Rosja okazała bardzo dużą cierpliwość i czekała na opamiętanie się rządu polskiego, ale my woleliśmy się wysługiwać awanturniczej polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Obecna reakcja Rosji jest czymś podobnym do reakcji USA na próbę rozmieszczenia rakiet sowieckich na Kubie w 1962 roku. Powinniśmy to rozumieć. Powinniśmy także rozumieć, że referendum na Krymie było tak samo ważne i wiążące jak 1991 referendum w Kosowie, które państwa zachodnie natychmiast uznały. Teraz padamy ofiarą własnej polityki.

Inną sprawą jest obecna sytuacja. Putin i Rosja przechodzą od ostrzegania Polski do akcji. Z braku lepszego pretekstu, Putin i rosyjskie trolle posługują się kłamstwami historycznymi. Robią to celowo, dlatego, że takie kłamstwa są dla Polaków obelżywe i wywołują w Polsce gwałtowną reakcję, co tylko ułatwi Rosji rozdmuchanie konfliktu. Jednak w sytuacji zagrożenia zewnętrznego, Polacy staną po stronie swojego rządu, a to będzie miało daleko idące konsekwencje także dla Rosji. Już w tej chwili wielu Polaków, którzy dotąd popierali politykę zagraniczną Rosji, (łącznie z sytuacja na Ukrainie, w Syrii i w Iranie), zaczyna widzieć w Rosji wroga i to wroga, który posługuje się chamstwem i bezczelnymi kłamstwami. Wbrew pozorom, nie jest to wcale sytuacja pocieszająca dla polskiego rządu. Wobec bloku rosyjsko – chińsko – niemiecko – francusko – irańsko – tureckiego, możemy niedoczekać się pomocy naszych zachodnich sojuszników, tym bardziej, że nie ma w Polsce czego rabować. Już raz tak było, więc tym razem powinnismy okazać więcej wyobraźni. Mimo, że w tym sporze mamy historyczną rację, możemy go przegrać politycznie. Sami zaś nie dysponujemy ani liczącą się siłą militarną, ani potencjałem ekonomicznym, który by nam pozwolił na długotrwałe, na dużą skalę, własne działania wojenne.

Zakładając, że Rosja wdraża w życie plan zrewidowania podziału Europy, a zwłaszcza statusu Polski, Putin nie mógłby wymarzyć sobie lepszego pomocnika niż rząd PiS-u i „genialny strateg” Jarosław Kaczyński. W jakimś stopniu może to się wiązać z historią rodziny Kaczyńskich oraz z dziwnymi losami Jarosława podczas stanu wojennego. Ale to już są tylko domysły.

Co w tej sytuacji Polska może zrobić? Obawiam się, że niewiele. Możemy próbować grać na czas, tak jak to robiły Iran i Rosja wobec agresywnej polityki Stanów Zjednoczonych. To jednak nie wystarczy, bo i na to jesteśmy za słabi. Więc co? Wotum nieufności dla rządu? Nowe wybory? Mrzonki. Kto miałby zastąpić PiS? Jedyne ugrupowanie reprezentujące interesy narodowe Polaków jest za słabe i silnie konserwatywne, co z pewnością nie wzbudzi ani respektu, ani zaufania Rosjan. Skrajna lewica? Tego z kolei my nie chcemy. Koalicja? Za blisko Niemiec, zwłaszcza w sytuacji strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego. Nie pozostaje nic innego jak mocno wesprzeć PiS i próbować tą burzę przeczekać. Ale to z kolei zależy od tego jak PiS postąpi z roszczeniami żydowskimi.

Co jeszcze? Możemy jednostronnie ogłosić neutralność i nadać temu formalny bieg w ONZ. Pewnie potrwałoby to długo, ale pozwoliłoby na odebranie wszystkim stronom pretekstu do militarnej interwencji w Polsce, jako że Polska przestałaby być „zagrożeniem”. Wówczas pozostałyby negocjacje, daleko idące zmiany w Konstytucji i możliwość współpracy ze wszystkimi sąsiadami. Może warto? Tylko jak do tego przekonać skłócone ze sobą polskie ugrupowania polityczne? Monarchia absolutna? O, to, to, to… Król Bosak, na przykład. Mówię serio, on by się nadawał.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Polityka. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.