Moja przygoda z COVID-19

Jakieś dwa tygodnie temu miałem mały kryzys, ból w płucach i w klatce piersiowej oraz trudności z oddychaniem, ale nie miałem temperatury, ani innych objawów grypy. Przywilejem starszego wieku jest to, że mając kilka niedomagań, w razie kryzysu nie wiesz, które z nich ciebie atakuje. Tak i ja nie wiedziałem, czy moje płuca atakuje groźny „kolanowirus”, czy też daje o sobie znać moje serce. Po trzech dniach takiego zgadywania i czekania na poprawę, zadzwoniłem po karetkę i pojechałem do szpitala.

Na pogotowiu w tym szpitalu byłem już wcześniej kilka razy. Zawsze poczekalnia była tam przepełniona, a na rejestrację i przyjęcie czekało się długimi godzinami, po czym umieszano nas na łóżkach ustawionych w korytarzach, bo w salach i izolatkach nie było miejsca. Pielęgniarki były zawsze bardzo zabiegane i zestresowane nadmiarem pracy, która musiała być wykonana w pośpiechu i na czas. Na obchód lekarza czekało się bardzo długo.

Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem pustą poczekalnię i przyjęto mnie bez czekania. Dostałem łóżko w izolatce wyposażonej we wszystkie niezbędne urządzenia medyczne, łącznie z tlenem i reanimacją. Pielęgniarki nie były zapracowane, wyglądały na dobrze wypoczęte i zrelaksowane, a nawet uśmiechnięte, tak jakby długo czekały na przybycie nowego pacjenta. Lekarz przyszedł po 10 minutach, miał dużo czasu na badanie i rozmowę. Po zadomowieniu się, poszedłem na spacer do końca korytarza, bo tam były toalety. Po drodze minąłem dwie stacje, gdzie pielęgniarki siedziały i plotkowały, nie mając nic lepszego do roboty. Zwykle zapełniony pacjentami korytarz był pusty. W izolatkach po obu stronach korytarza było kilku pacjentów. Żadnych pacjentów z „kolanowirusem”, żadnych ostrzeżeń, kompletny luz. W wielu izolatkach nie było nikogo. Pomyślałem: – oto dobra strona pandemii. Ludzie boją się iść do szpitala, żeby się nie zarazić, więc leczą swoje katary i inne małe dolegliwości w domu. Czy nie tak powinno być zawsze?

Jak nigdy, przebadano mnie bardzo szybko, szczegółowo i dokładnie. Badanie krwi na obecność enzymu wskazującego na niedawno przebyty zawał serca lub stan przedzawałowy, badanie krwi na obecność zakażenia lub stanu zapalnego, prześwietlenie klatki piersiowej i płuc, EKG, osłuchanie i inne testy, których celu nie znam. No i zrobiono mi test na COVID-19, to jest wymaz z nosa (głęboko, myślałem, że się zakicham). Przed zwolnienieniem mnie do domu (nad ranem) powtórzono EKG i badanie krwi, po czym mnie wypuszczono „na wolność”. Ani zawału, ani zakażenia nie stwierdzono. Płuca wyglądały normalnie. Dwie godziny czekałem na taksówkę, bo taksówkarze boją się odbierać pacjentów ze szpitala. Objawy bólu w piersiach same przeszły po kilku dniach.

Wyniki testu na COVID-19 miałem otrzymać na adres domowy lub telefonicznie. Gdyby test wypadł pozytywnie, miałem być powiadomiony w ciągu dwóch dni. W takim przypadku zarządzonoby kwarantannę i cały związany z tym proces. Telefon z laboratorium otrzymałem po 10 dniach (kilka dni temu). Wynik testu był negatywny, co jest wiadomością pozytywną. Albo kolanowirusa nie miałem, albo go miałem i wcześniej pokonałem sam. Niestety, ani w laboratorium, ani w szpitalu, ani od mojego lekarza domowego nie dowiedziałem się gdzie mogę zrobić test na obecność przeciwciał, które wskazywałyby na to, że przebyłem COVID-19 bez większych komplikacji i nabyłem odporności w sposób naturalny. Nikt o takiej możliwości nie słyszał, chociaż jestem gotów za taki test w pełni zapłacić i wiem, że taki test istnieje. Większość zarażonych przechodzi przez COVID-19 bezobjawowo lub z lekkimi objawami, ale nie ma jak tego potwierdzić. Ciekawe dlaczego? Czy ktoś obawia się takiej wiedzy, bo może ona uniemożliwić zarządzenie powszechnych i przymusowych szczepień? W dodatku, wczoraj przeczytałem w jakimś kanadyjskim publikatorze, że test na COVID-19, który mi zrobiono, też nie jest bardzo wiarygodny. Ciekawe …

Ten wpis został opublikowany w kategorii COVID-19, Polityka, Zdrowie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.