Leszek Biegalski – życie po 13 grudnia 1981 (cz. 1 – Gdańsk)

portrait4Rozpocznę artykułem w kategorii „Nasze Losy” i rozpocznę od siebie, nie z braku skromności, ale po to aby uczynić pierwszy krok. Tylko razem możemy ten blog zapełnić wspomnieniami, dokumentami i opiniami, które nie powinny być zapomniane. Liczę na Wasze zainteresowanie i Waszą pomoc.

Jak zapewne pamiętacie, ostatnie posiedzenie Komisji Krajowej „S” przed stanem wojennym odbyło się w Stoczni Gdańskiej w dniach 11 i 12 grudnia 1981 roku i zakończyło się około 11 wieczorem. Podczas obrad nagrywałem ważniejsze wypowiedzi działaczy i ekspertów „S” na magnetofonie Grunding, stojąc z nim koło kolumny nagłaśniającej. Po powrocie do regionu, mieliśmy zrobić edycję, po czym ostateczna wersja nagrania miała być rozprowadzona do wszystkich komisji zakładowych i udostępniona załogom przez zakładowe radiowęzły. Po zakończeniu obrad odkryłem, że ostatnia taśma (z ośmiu) nie nagrała się bo skończyła się bateria. Człowiek nagrywający obrady dla Krajówki powiedział mi, że będzie edytował swoje taśmy całą noc i zaprosił mnie do siedziby KK w Gdańsku Wrzeszczu obiecując, że mi skopiuje ostatnią taśmę. Odwiozłem więc Staśka Kowalczyka do Grand Hotelu w Sopocie, gdzie obaj bylimy zakwaterowani w jednym pokoju, a sam wróciem do Wrzeszcza.

Około północy dojechałem do KK na ulicy Grunwaldzkiej. W zaparkowaniu przeszkodzili mi ludzie, którzy wybiegli z budynku KK  i poprosili o pomoc. Na równoległej ulicy Matejki z kolumny ciężarówek rozładowywało się ZOMO i wszyscy byli tym bardzo przestraszeni. Mieli już informacje o zatrzymaniach i aresztowaniach wśród lokalnych działaczy. Jeden samochód wysłano aby ostrzec Wałęsę, a ze mną pojechało dwoje pracowników KK, aby zawiadomić i zciągnąć do Wrzeszcza jak najwięcej ludzi w celu zabezpieczenia budynku. Podjeżdżałem pod wskazane adresy i czekałem, a oni biegali po domach swoich kolegów. Niestety większośc z nich była już aresztowana. Matki lub żony mówiły, że zabrała ich milicja. Ci, których jeszcze nie aresztowano dołączali do nas aby nie zostawać w domu gdzie czekało ich aresztowanie. Pomiędzy różnymi osiedlami Gdańska dosłownie ścigaliśmy się z pojazdami milicji aresztującej ludzi. Samochód był pełny i wyglądał jak puszka ze szprotkami. Ludzie leżeli jedni na drugich od ściany do ściany i prawie pod sufit. Na ich żądanie, odwiozłem ich do znajomego lekarza medycyny, który miał prywatny dom z dużym podwórkiem przy bocznej uliczce w Sopocie. Po drodze minęliśmy Hotel Monopol w Gdańsku, który był już otoczony ciężarówkami ZOMO. Widzieliśmy jak naszych wyprowadzano z budynku i ładowano do ciężarówek. Minęśmy też otoczony zomowcami budynek KK we Wrzeszczu. Na drodze do Sopotu widzieliśmy wiele pieszych patroli milicyjnych i wojskowych, niektóre z psami.

(Uczestnicy tych obrad KK zakwaterowani byli w trzech hotelach: w Grand Hotelu w Sopocie oraz w hotelach „Monopol” i „Novotel” w Gdańsku.)

Moi pasażerowie ukryli się u znajomego doktora, który mieszkał niedaleko mojej dawnej nauczycielki, Bożeny Iwanowicz. Pracowała ona kiedyś z moją mamą i nasze rodziny były zaprzyjaźnione. Sopot znałem doskonale bo tam się urodziłem i mieszkałem do 14-tego roku życia. Zostawiłem więc samochód na podwórku tego doktora, przysypałem tablice rejestracyjne  śniegiem i udałem się do pani Bożeny.

(Ten samochód, to był nasz Fiat Kombi, który był własnością Zarządu Regionu Pojezierze. Kilka miesięcy później przekazałem go ludziom Borusewicza, którzy mieli go używać do „ryzykownych” transportów lub sprzedać na części, a uzyskane w ten sposób pieniądze przekazać na pomoc rodzinom internowanych. Wszystko, byle go nie oddać komuchom.)

Pani Bożena była już emerytką i po śmierci męża mieszkała sama. Przyjęła mnie trochę zdziwiona późną wizytą po latach i pozwoliła mi zostać do rana. O szóstej rano obudziła mnie i zawołała do dużego pokoju gdzie stał telewizor. Jaruzelski przemawiał w imieniu WRON-y i oznajmiał narodowi wprowadzenie stanu wojennjego.

Tego dnia dowiedzieliśmy się o strajku w Stoczni Gdańskiej. Pożegnałem panią Bożenę i poszedłem do pociągu elektrycznego jadącego w stronę Gdańska. Wysiadłem na stacji Gdańsk Stocznia i dołączyłam się do strajku, który w tym czasie prowadził Mirosław Krupiński z Olsztyna. Miałem na szczęście swoją legitymację członka KK, więc mnie wpuszczono bez problemu. Był też w stoczni ksiądz Henryk Jankowski, który odprawiał dla strajkujących mszę świętą i spowiadał „grzeszników”. Podczas pierwszej i drugiej nocy strajkujący odpierali ataki ZOMO na bramę stoczni ale ostatecznie stocznia została spacyfikowana. Mnie, drugiego dnia, wysłano do Portu Gdyńskiego, gdzie podobno strajk się załamywał i trzeba go było podtrzymać. Po drodze, w pociągu elektrycznym, rozdawałem ulotki ze Stoczni. Kiedy doszedłem do Portu w Gdyni, okazało się, że strajk się już zakończył, a strajkujący opuścili teren zakładu.

Sytuacja wokół Stoczni Gdańskiej zupełnie się odwróciła. Dotąd stoczniowcy strajkowali w środku a ZOMO, milicja i kilka wojskowych czołgów otaczało ich na zewnątrz. Teraz wojsko i milicja były w środku, a tłumy mieszkańców Gdańska otaczały ich na zewnątrz. W nocy, podczas godziny policyjnej, po obwodnicy wokół Gdańska godzinami pędziły kolumny pustych wojskowych ciężarówek (prawdopodobnie w kółko), co brzmiało tak jakby już nastąpiła sowiecka inwazja. Nad Stocznią niebo było pocięte strumieniami silnego  światła  z wojskowych reflektorów, a z ogromnych głośników, zamontowanych na wojskowych ciężarówkach, nadawano dźwięk lądujących helikopterów. Władza psychologicznie zastraszała naród, aby zniechęcić czynny opór i ewentualne próby odbicia stoczni.

Schroniłem się u Edwarda i Ewy Lach, znajomych pani Bożeny, na ostatnim piętrze czteropiętrowego bloku z sześcioma klatkami schodowymi przy ulicy Karpińskiego 20 w Gdańsku. Mieli malutką córeczkę. Zbliżały się święta. Edward jechał do Warszawy, napisałem więc list do moich rodziców, żeby się nie martwili i żeby zawiadomili moją żonę, że żyję i że się ukrywam. List schowaliśmy przemyślnie w zabawce dla dzieci. Edward zostawił przesyłkę u sąsiadki moich rodziców, która często ich odwiedzała. W tym czasie ich dom był obserwowany codziennie.

Po wyjeździe Edka pracowałem nad przegrywaniem i edytowaniem nagrań z ostatniej Krajówki. O dziesiątej wieczorem zaczynała się godzina milicyjna. Parę minut po dziesiątej zerwało nas na nogi walenie w drzwi. Ewa spytała „Kto tam?” Usłyszeliśmy, „Milicja, otwierać!” Ewa odpowiedziała, „Chwileczkę, tylko się ubiorę”, choć była ubrana. Przed domem stała czarna Wołga z kierowcą w środku. W tylnej stronie budynku były balkony. Schowałem szybko taśmy  magnetofonowe na półce pod pieluchami i wyszedłem na balkon. Ewa zamknęła za mną drzwi i zasunęła firanki. Balkon był pełen śniegu. Szybko zdecydowałem, że będą przeszukiwać mieszkanie, że znajdą mój dowód osobisty i książeczkę wojskową w kurtce, która wisiała na krześle, i że nie ominą balkonu. Przelazłem przez barierkę i przeskoczyłem na następny balkon na czwartym piętrze. Chyba starch dodał mi skrzydeł, bo odległość była dość duża, ale się udało.

Stanąłem w drzwiach balkonowych sąsiadów z następnej klatki schodowej i widzę rodzinkę siedzącą w pokoju przed telewizorem. Zastukałem w drzwi. Pan domu podszedł ale nie bardzo był pewny czy ma mi otworzyć. W końcu otworzył. Szybko mu opowiedziałem co się stało, a on mówi, „Tu pan zostać nie może, bo zostawił pan ślady w śniegu na obu balkonach, a oni przecież nie są głupi.” Wziął klucz od głównego wejścia do piwnicy i mówi, „Niech pan idzie ze mną.” Sprowadził mnie na parter, wpuścił mnie do piwnicy pod budynkiem i zakluczył za mną drzwi. Wpadłem do pierwszego przedsionka i doleciałem do okna, które było na poziomie trawnika. Wołga i jej kierowca byli dziesięć metrów przede mną. Bardzo powoli uchyliłem okno i schowałem twarz za ramą. Po kilku minutach trzech esbeków wybiegło z mojej klatki i wbiegło do klatki naszego sąsiada. Po kolejnych kilku minutach wybiegli ponownie, tym razem z pistoletami w rękach, i zawołali kierowcę Wołgi, aby do nich dołączył. Po krótkiej naradzie wysłali jednego po klucz do piwnicy a reszta wbiegła do mojej orginalnej klatki schodowej.

Później dowiedziałem się, że Edward Lach był bliskim kolegą Bogdana Borusewicza, który wtedy ukrywał się w Gdańsku. To jego esbecy szukali w mieszkaniu Lachów. Zamiast Borusewicza znaleźli moje dokumenty. Taśm jednak nie znaleźli. Wyjęliśmy je później z kaset, zapakowaliśmy w kondony, ukryliśmy w paście do butów i przesłaliśmy z dziennikarzami wyjeżdżającymi promem do Szwecji. Po kilku dniach Wolna Europa nadawała je z powrotem do Polski.

Kiedy esbecy wpadli do mieszkania tego sąsiada, na którego balkonie wylądowałem, powiedział im, że zagroziłem mu i jego rodzinie nożem kuchennym i dlatego musiał mnie wypuścić na klatkę schodową. Stąd esbecy wybiegli od niego z pistoletami w rękach.

Ewę Lach esbecy zatrzymali i przesłuchiwali na komendzie, lecz ze względu na to, że miała malutkie dziecko wypuścili ją do domu.

W tym czasie jeden z lokatorów wyprowadził psa na spacer. Stał z nim na chodniku. Był to mały foxterier. Szybko wyczołgałem się z okna, dołączyłem do tego gościa, złapałem go za rękaw i mówię, „Ja tu się ukrywałem, milicja przeszukuje dom, niech mnie pan odprowadzi do następnego bloku”. Byłem w swetrze i w kapciach, wziąłem więc od niego smycz, żeby wyglądało, że wyprowadzam psa na wieczorne oddanie moczu ku chwale komunistycznej Ojczyzny. Akurat w tym momencie esbecy ponownie wybiegli z klatki Lachów, minęli nas i wbiegli do klatki sąsiada. Przez cały ten czas krzyczałem na psa, „Siedź tu Fafik, gdzie tam leziesz ofiaro?” Biedny pies nie wiedział o co chodzi. Powoli, z jego właścicielem, poszliśmy chodnikiem do następnego bloku.

W tym bloku piwnica nie była zakluczona. Przesiedzałem w niej do rana. Rano, znalazłem w niej pudło tekturowe, piasek, który ktoś pewnie trzymał dla kota, i małą, plastikową łopatkę dla dzieci. Wyszedłem z bloku, ciągle w swetrze i w kapciach, i zacząłem posypywać chodnik piaskiem. Wołgi, ani innych podejrzanych samochodów już nie było. Zszedłem schodami do małego wąwozu i tym wąwozem do ulicy Kartuskiej. Przy przejściu stał patrol wojskowy. Żeby uniknąć wylegitymowania, zacząłem znów posypywać chodnik i przejście dla pieszych piaskiem. Posypywałem tak, aż doszedłem do plebanii przy kościele Św. Franciszka z Asyżu, zaraz koło pętli „dwunastki”. Posypałem piaskiem ich schody, wyrzuciłem pudło i łopatkę, zakołatałem do drzwi i zostało mi otworzone.

Nakarmiono mnie i przenocowano, a następnego dnia dwaj klerycy od księdza Jankowskiego przywieźli mi buty i płaszcz. Po śniadaniu, zawieźli mnie do mieszkania Wandy i Jarosława Irzykowskich przy ulicy Mniszki 9B (Obecnie Skwer Ks. Henryka Jankowskiego). Tył bloku przylegał do muru otaczającego kościół Św. Brygidy. W murze była mała brama. Często przebywający w Gdańsku prof. Kukołowicz zostawał na noc w plebanii księdza Jankowskiego. Wieczorem wymykał się do naszego bloku na pogawędki ze mną i z moimi gospodarzami.

Cała sieć mieszkań, gdzie się kolejno ukrywałem, została w krótkim czasie zorganizowana, głównie przez środowisko akademickie związane z uczelniami gdańskimi. Moją dozgonną wdzięczność kieruję do: Edwarda i Ewy Lach, Wandy i Jarosława Irzykowskich, Romana i Jolanty (Gosi) Rojek, Bogdana i Jasi Baczyńskich, Witka i Asi Szczepanik, Pawła Burkiewicza, Jana Grunwalda i Alka Ozimka, który był bardzo podobny do mnie i na ochotnika „zgubił” swój dowód osobisty. Dzięki tym ludziom przeżyłem stan wojenny aż do lata 1983 roku. Dzięki nim, płk. Kołodziejski i jego ogary ponieśli porażkę i najedli się wstydu. Operacja „Skoczek” (odnalezienia i internowania mnie) się nie powiodła.

Jarosław Zieliński

Jarosław Zieliński

Przez Jarka Irzykowskiego spotkałem jego kolegę z Uniwersytetu Gdańskiego, Jarka Zielińskiego z Suwałk. Jarek studiował Polonistykę. Jeździł często do domu i przewoził bibułę. Przewiózł także kilka moich apeli i listów do regionu. Miał torbę z płaskim dnem obszytym czarnym materiałem. Wkrótce wyprodukowaliśmy drugie podobne dno. Arkusze form do powielaczy wałkowych, które od czasu do czasu zapełniałem tekstem, wszywałem w dno Jarkowej torby, a on, przed wyjazdem do Suwałk, odbieral je i zostawiał mi to drugie. W torbie woził brudne ciuchy, które brał do domu, aby je uprać.

Pewnego dnia zaplanowaliśmy akcję godną profesjonalnych konspiratorów. Jarek wziął ręcznie robiony, unikalny szal Gosi i zawiózł go do mojej  żony Haliny. Spotkał się z nią w Giżycku, w Szkole Podstawowej Nr 4, gdzie uczyła. Było to najbezpieczniejsze, bo dom był często obserwowany, a do szkoły regularnie przychodzili rodzice i starsze rodzeństwo uczniów. Było niemożliwe ustalić z kim sie w środku spotykają.

Halina miała ubrać ten szal, pojechać do Gdańska i czekać w tunelu dworcowym przy automacie sprzedającym bilety. Gosia miała ją rozpoznać po swoim szalu, podejść do niej i ją dalej prowadzić. Nasi ludzie dyskretnie je obserwowali aby się upewnić, że nikt za nimi nie idzie. Halina przyjechała do Gdańska z moim tatą, który udawał, że jej nie zna i też szedł za nią aby się przekonać, że nikt jej nie śledzi. Obie „obstawy” tak dobrze się kamuflowały, że nie zauważyły się nawzajem. To było moje pierwsze i jedyne spotkanie z Haliną podczas mojego ukrywania się w Gdańsku.

Po wypuszczeniu z „internatu” Lecha Wałęsy, prowadziłem regularny nasłuch częstotliwości esbeków, którzy 24/7 otaczali jego dom i śledzili wszystkich odwiedzających go gości. Raporty z tych nasłuchów dostarczałem do ks. Jankowskiego, który widział się często z Wałęsą.

Podczas mojego pobytu w Gdańsku miałem kontakt (przez łączników) z Bogdanem Borusewiczem i Bogdanem Lisem. Odbywały się także „zdalne” konsultacje między ukrywającymi się członkami KK na temat dalszej strategii związku. W swoim liście opowiedziałem się za „długim marszem” raczej niż za wielkim zrywem i powstaniem narodowym. Ludzie byli zbyt zastraszeni, a ci którzy nie byli strachliwi potrzeni byli bardziej Ojczyźnie na ziemi niż Bogu w niebie. Tak się też stało. Długi marsz zakończył się w 1989 roku.

—–

up4

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Nasze Losy, Wspomnienia i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s