Wspomnienia Haliny Sarul

USŁYSZAŁAM, ŻE WOJSKO POLSKIE TO WSZYSTKO ZAŁATWI

Brak „Teleranka”, milicja i wojsko na ulicach, Jaruzelski w telewizorze – dla wielu Polaków (zwłaszcza młodych) wiedza o 13 grudnia 1981 roku kończy się na tych pustych hasłach. Nam o pierwszych, tych najtrudniejszych dniach stanu wojennego opowiedziała Halina Sarul (na zdjęciu), wieloletnia dyrektor giżyckiego szpitala, ikona miejscowej „Solidarności”, 33 lata temu internowana i więziona przez blisko cztery miesiące.

Halina SarulBrzydko zaczęło pachnieć jeszcze przed grudniem. Pojawiły się sygnały, że władza się za coś bierze, ale żeby coś takiego jak stan wojenny to nie przypuszczaliśmy.
W tą noc grudniową obradowała „krajówka” w Gdańsku, a myśmy siedzieli przed telefaksem nasłuchując wieści stamtąd. Zaczęły wtedy napływać niepokojące informacje z kraju, że np. szkoła milicyjna ze Szczytna nagle gdzieś po coś wyjechała.
Ale u nas był spokój.

„DLA DOBRA OJCZYZNY”

To był bardzo długi dzień. Zaczął się dwie godziny po północy, kiedy z głębokiego snu obudził mnie dzwonek do drzwi. Na klatce schodowej stali dwaj milicjanci z zatroskanymi minami.
– Czy to pani ten czerwony fiacik, co stoi pod latarnią? Bo rozbity jest…
– Mój!
Na piżamę założyłam kurtkę, buty na bose stopy i wybiegłam z budynku. Po kilku krokach milicjanci chwycili mnie pod ręce i zaczęli ciągnąć do stojącego na jezdni cywilnego samochodu. Zrozumiałam – biorą mnie! Zaczęłam się wyrywać i krzyczeć, strasznie krzyczeć – w tym samym budynku na Wodociągowej mieszkał Janek Jarocki, wiceprzewodniczący Regionu Pojezierze Solidarności. Może usłyszy, może ucieknie…
Dostałam silny cios w twarz, okulary spadły w śnieg, potłukły się, milicjanci wrzucili mnie na tylne siedzenie samochodu. Żebym się nie szarpała, usiedli na mnie i tak dojechaliśmy do komendy na alei 1 Maja. Wróciła jasność myślenia i spokój. Na komendę wprowadzano właśnie Sławka Piotrowskiego i Stasia Domagałę – to znaczy, że to duża akcja. W zimnym i obskurnym pokoiku komisariatu zabrano mi klucze od mieszkania i zegarek – nic więcej nie miałam! Po szczegółowej rewizji osobistej, przeprowadzonej przez przerażoną milicjantkę, nadal bez żadnych wyjaśnień, wyraźnie pijany cywil wepchnął mnie do piwnicznego aresztu. Można było ochłonąć, zastanowić się, pomodlić. Czas zastygł w miejscu, bez okularów słabo widziałam szczegóły, zimno było dojmujące. Po jakimś czasie wyprowadzono mnie do dużego osobowego samochodu, obok ładowano do „suki” kilkunastu mężczyzn. Ruszyliśmy. Siedzący na przednim siedzeniu mężczyzna w mundurze wojskowym bez dystynkcji powiedział, że jestem aresztowana dla dobra Ojczyzny, on sam nic więcej nie wie, a jedziemy do Suwałk. W czasie drogi powiedziałam, że jestem lekarzem, że muszę być jutro w szpitalu. On odparł, że to załatwi Wojsko Polskie, że wszędzie będą zastępstwa, żebym się o to nie martwiła. Droga była ciężka, padał obfity śnieg, wycieraczki nie radziły sobie z oczyszczaniem szyby i w pewnym momencie, w lesie, nasz mały konwój zatrzymał się. Kierowca wysiadł oskrobać szybę. Ze stojącej za nami „suki” dochodziły odgłosy głośnej zbiorowej modlitwy. To internowani mężczyźni, widząc wokoło las, wobec niespodziewanego postoju szykowali się już na śmierć. Jak – nie przymierzając – w Katyniu.

SUWALSKIE LUKSUSY

W Suwałkach trafiłam w miejskim komisariacie do podobnego dołka jak w Giżycku, tylko cofniętego w czasie o może stulecie. Poszczerbiona, nigdy nie myta drewniana podłoga, przez wybite szyby zakratowanych okienek sypał śnieg, w kącie blaszany, zimny piec z paleniskiem na korytarzu. Przywitała mnie ochrypłym głosem umieszczona tam jeszcze z wieczora pijana i bardzo poczciwa pani.
– A ty żeś co, k…, podj…ała? – zapytała. Bardzo się mną zaopiekowała, otuliła własnym kocem, nauczyła, jak się domagać wyjścia za potrzebą i pojednawczo pogadywała ze stojącym pod drzwiami milicjantem. Na korytarzu grało radio – ktoś je puścił na cały regulator i wtedy właśnie usłyszałam sławetne przemówienie Jaruzelskiego.

JaruzelskiTymczasem przywożono kolejne kobiety, z Suwałk, podobnie jak ja wyciągnięte z domu w środku nocy, bez żadnych wyjaśnień. Po kilkunastu godzinach na dołku skostniałe z zimna, głodne, teraz już we cztery, zostałyśmy przewiezione do Aresztu w Suwałkach. W celi wielkości 2 x 3m panował „luksus”. Cztery żelazne piętrowe łóżka, dwa stołki do siedzenia, kran z zimną wodą i klasyczny, carski jeszcze kibel z pokrywą – na brudną wodę, inne sprawy można było załatwić raz dziennie we wspólnej ubikacji typu tureckiego. To były takie „oczka”, właściwie dziury w podłodze. Wszyscy, dosłownie wszyscy widziani tam klawisze byli pijani. Niektórzy zachowywali się wulgarnie wobec kobiet, wrzeszczeli, grozili, wyśmiewali. My byłyśmy już trochę oswojone, najważniejsze, że było nas kilka razem. Powoli podnosiłyśmy głowy, zaczęłyśmy się domagać swoich praw, odpowiedniego traktowania i godziwych warunków pobytu. Wtedy to właśnie dostałam od komendanta Aresztu ową sławetną parcianą koszulę, eksponowaną obecnie na twierdzy Boyen. Późnym wieczorem można wreszcie było położyć się na żelaznym łóżku, zakryć głowę kocem i zasnąć z nadzieją, że to może wszystko jest jednym strasznym snem, i obudzę się we własnym łóżku, i pójdę rano na dyżur…

OKULARY W PACZCE

W Suwałkach byłyśmy krótko, dwa-trzy dni, i przewieźli nas do więzienia w Białymstoku. Tam była już większa cela, był kran z bieżącą wodą, był sedes. A nas w celi chyba dwanaście osób. Poddano nas rygorowi parawięziennemu. Nie uwzględniano innego statusu internowanego niż więzień. Pamiętam apele, składanie ubrania w kostkę, wystawiania ubrania i butów na noc, zakaz kładzenia się na łóżku w ciągu dnia, głośnik, który nas indoktrynował, itd., tak jak ówcześni więźniowie mieli. Myśmy usiłowały z tym mocno walczyć, że internowany nie jest tym samym co więzień, ale na próżno. W Białymstoku dostałam paczkę, przekazaną przez siostrę. Mi w więzieniu najbardziej dokuczał brak okularów, bo jestem krótkowidzem, dla mnie twarze, napisy, wszystko było szare i zamazane, bez okularów byłam jak ślepy kret. Siostra stanęła na głowie, chodziła do miejscowego komisarza, do SB, żeby mi podać ciepłe ubranie i okulary. Wprawdzie nie dostała zgody na widzenie ze mną, ale pozwolili przekazać paczkę.
Święta Bożego Narodzenia w Białymstoku były smutne. Pamiętam, że w dzień wigilijny dostaliśmy gulasz mięsny, w którym jedna z nas odkryła wielkie, w całości ugotowane oko wołowe, z rzęsami, ze wszystkim. Nie miałyśmy noży, tylko łyżki. Ale my już wyostrzyłyśmy sobie trzonek łyżki o łóżko i miałyśmy przynajmniej czym pokroić chleb, bo chleb dostawało się w całości, bochenek na całą celę. Mówili żeby sobie połamać, albo podrobić. Dawali też margarynę z beczki, taki wielki kawał dla wszystkich. Można powiedzieć, że to było bardzo edukujące, jak żyją polscy więźniowie. Była też świąteczna msza i spowiedź, ale ja nie poszłam, jak wiele innych. Nie wiedziałyśmy, może to jakiś esbek założy sutannę?

GOŁDAP – OPOZYCYJNY UNIWERSYTET

Pewnego dnia powiedzieli, żeby się spakować, ale tak na jednej nodze, bo za godzinę jest wyjazd. Nikt nie powiedział, gdzie i po co. Pytaliśmy tysiąc razy, ale mówili: „dowiecie się na miejscu”. Wsadzili nas do więźniarki i strach, strach potworny, że do Rosji wiozą. Bo gdzie dalej można z Białegostoku jechać? Wyjechaliśmy rano i co za ulga, kiedy się okazało, że jedziemy na zachód, bo wschodzące słońce świeciło nam z tyłu. Ale potem, bo były z nami dziewczyny z suwalskiego, to zorientowaliśmy się, że znowu nie na taki zachód, bo na północ, ktoś zobaczył, że do Gołdapi, gołdapska droga. Jak to, do Gołdapi? Przecież tam nic nie ma, żadnego więzienia. Raptem patrzymy, przekraczamy słupek „strefa przygraniczna”. O cholera jasna, do Kaliningradzkiego Obwodu nas wiozą – tak pomyślałyśmy. Mijamy Gołdap, więc dalej tylko granica. Patrzymy następny słupek „granica państwa”. Tu nastąpił kompletny bezwład, oszołomienie i raptem cyk, skręcamy w bok i stajemy. Wysiadamy i patrzymy, jakiś pałac. Gdzie my jesteśmy? A to był właśnie ośrodek radia i telewizji w Gołdapi (na zdjęciu – przyp. red.).

GoldapProwadzą nas do pokoi, patrzymy – złota klatka. Szok. My tu wszystkie brudne, wysmarowane, niektóre w ogóle w strasznym stanie higienicznym, a tu – pokoik trzyosobowy, ciepła woda, kafelki, to wszystko, tylko że dookoła otoczone podwójnym kordonem wojska. Mówili, że jak ktoś podejdzie do okna, to będą strzelać, żeby się nie zbliżać do okien. Najpierw zamykali te pokoje, ale potem z tego zrezygnowali. Gołdap to jest temat na osobne opowiadanie, bo tam się działy najciekawsze rzeczy. Jak powiedziałam – przyjechało dwieście zastraszonych kobiet z całej Polski, a wyjechało dwieście takich fajnych opozycjonistek, nie licząc wtyczek, które tam były. Popełnili straszny błąd, bo tak naprawdę światopogląd, świadomość, bojowość i determinacja tych kobiet tam się ukształtowała. Gdyby oni trzymali nas oddzielnie, to opozycja w stanie wojennym i potem całkiem inaczej by wyglądała. A tak, to był wspaniały opozycyjny uniwersytet. Edukacja w każdym calu – kulturalna, językowa, tam już wszystko dało się zrobić. I radia miałyśmy przemycane, i grypsy docierały przez księdza Smędzika. On zawsze tylko patrzył, żeby mu z sutanny nie wypadły, bo miał całe rękawy sutanny grypsami powypychane. Tam nawet aparat fotograficzny udało się komuś przemycić. Były tam też kontakty ze światem zewnętrznym, choćby ze służbą zdrowia. Nawet giżycka pani doktor Żurek tam dojeżdżała, okulistka.

NIE WIERZYŁY „ICH” LEKARZOM

W Gołdapi nie było specjalistów, więc leczyłyśmy się u lekarzy z Giżycka. Na początku próbowali nas wozić do przychodni w Gołdapi, ale ta pani nie widzi, ta mdleje, ta ma chore serce, ta potrzebuje neurologa, no i się poddali. Wtedy zdecydowali, że trzeba wpuścić lekarzy zewnętrznych, m.in. Gucia Sternika, laryngologa. Oni przywozili chore do Giżycka, choć np. Żurkowa tam jeździła, ona nam m.in. magnetofon przywiozła. Mnie też raz przywieźli tu, do Giżycka. Wtedy straszna afera się zrobiła, mnie przywieźli więźniarką, ja w tej takiej odzieży, jak wszystkie byłyśmy ubrane, okręcałyśmy się takimi szmatami. Zaczęli przybiegać koledzy lekarze, żeby się ze mną zobaczyć, żeby mi coś dać, żeby wetknąć papierosy, cokolwiek. Strażnik siedział na korytarzu, a oni pozdejmowali kitle, że to niby pacjent i wchodzili. I potem ktoś doniósł, jacy lekarze się ze mną widzieli. Wszyscy ci koledzy byli wzywani potem na SB i mieli grube nieprzyjemności za kontakt z internowaną. Podejrzewam nawet, że kilka osób wtedy złamali, mając takiego „haka” na nich, kontakt z internowaną. Na miejscu miałyśmy także własne ambulatorium, ponieważ się nie wierzyło nikomu, a zaczęła przychodzić szerokim strumieniem pomoc z Czerwonego Krzyża – paczki, środki higieniczne, żywność, leki. To myśmy sobie zorganizowały takie własne, podziemne ambulatorium, poza tym oficjalnym. Ja byłam lekarzem, więc się trochę tam opiekowałam koleżankami. Było jeszcze kilku lekarzy, dużą rolę odgrywała Ela Krawczyk. Była jeszcze taka dentystka, chyba z Bydgoszczy. I zazwyczaj, jak ktoś szedł do oficjalnego lekarza, to przychodził potem do nas pytać, czy on aby dobre leki dostał. To wynikało z obawy przed tymi lekarzami. Ja Żurkową znałam i Sternika, ale inni nie. Myśleli sobie, że to pewnie jacyś lekarze z SB, a może oni chcą nam zaszkodzić, otruć. Ale służba zdrowia bardzo pomagała internowanym.

BEZ ZAUFANIA

Wyszłam z internowania 26 marca. Od razu wykorzystałam zaległy urlop wypoczynkowy i tak się rozejrzałam. Doszłam do wniosku, że tutaj środowisko jest spacyfikowane, w szpitalu też. Niektórych osób zresztą się bałam. Ze strony tych, którzy nie byli internowani, czułam się trochę izolowana. Trzymaliśmy się raczej z byłymi internowanymi. Obawialiśmy się nawzajem. Utrzymywałam kontakty z tymi osobami, które poznałam w internowaniu, przez Warszawę i przez Wrocław. Tymi kontaktami ściągałam np. różną literaturę. Często wtedy wyjeżdżałam, bo postanowiłam zająć się swoją edukacją, robiłam specjalizację, „dwójkę” z chirurgii i wyjeżdżałam na kursy. To mi wtedy odpowiadało, nie bardzo chciałam przebywać w tym środowisku giżyckim. Tutaj byłam rozczarowana postawą wielu osób i nie miałam do nich zaufania.
To co się działo w stanie wojennym w Giżycku, te ulotki i napisy, to nie robił nikt powiązany z Solidarnością sprzed stanu wojennego, to byli nowi ludzie, młodzież się włączyła. Myśmy wtedy już wiedzieli, kto to robi. Złapali wtedy np. młodych chłopaków, był taki Pietrukaniec, chyba jeszcze uczeń. On się właśnie w lukę po tych starych działaczach wszedł, razem z inną młodzieżą.

======

W tekście wykorzystano materiał IPN (fragmenty pochodzące z nagrania rozmowy Haliny Sarul z Marcinem Zwolskim)

Autor: Bogusław Zawadzki
Źródło: Gazeta Giżycka

up4

Advertisements
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s